Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznań. Pokaż wszystkie posty

Poznańskie podsumowanie

Poznańskie podsumowanie
       Mijają właśnie ostatnie dni mojego pobytu w Poznaniu. To były długie trzy miesiące w ciągu których tęskniłam niesamowicie za gotowaniem, równocześnie ciesząc się dobrym jedzeniem na mieście. Spróbowałam kilku rzeczy, których wcześniej nie jadłam, zwiedziłam parę ciekawych miejsc, a do jeszcze trzy razy tylu niestety nie dotarłam. Na podstawie mojego rozeznania wiem natomiast jedno, Poznań to naprawdę kolebka dobrych restauracji i barów z przepysznym jedzeniem. W ciągu tych wszystkich tygodni w fast foodach byłam może ze 2 razy! Ubolewam, że nie byłam w stanie odwiedzić wszystkich miejsc, które bym chciała, ale musiałabym mieć chyba kilka walizek pieniędzy, żołądek bez dna i masę wolnego czasu. Chciałabym jednak w roli podsumowania wspomnieć o kilku miejscach, które szczególnie zapadną mi w pamięć z tych czy innych względów.

# TYLKO U NAS


     Namiastka domu na emigracji. Lokal ma podnazwę "u Dziadka" i naprawdę, jest jak u dziadków. Jadłam dziesiąt razy i za każdym razem nie mogłam się nadziwić, że smakuje tak dobrze za tak niską cenę. 

# NA WINKLU


       Pozostając w klimacie domowego jedzenia, nie sposób wspomnieć o pysznych pierogach ze Śródki. Farsz ruskich smakiem prosto z domu mojej babci. No i pieczone, drożdzowe pierogi z różnymi nadzieniami... pycha!

     # FRONTIERA


       Pizzeria, która znajduje się najbliżej mnie a która podobno jest najlepszą pizzerią w Poznaniu. Nie spróbowałam wielu innych, ale wiem, że jest to przynajmniej najlepsza pizza (podobno) prawdziwie włoska jaką jadłam w życiu. Napewno bardziej mi smakowała niż ze szczecińkiego Mąka Baru.

# PARA BAR


      Dim sumy na parze, coś wspaniałego! Będę tęsknić i próbować odtworzyć w domu.

# SHANGHAI


         Bez wątpienia najlepsza fast foodowa kuchnia chińska z jaką się spotkałam, w dodatku za porcję widoczną na zdjęciu zapłaciłam jedynie 17zł z legitymacją studencką. Spróbowałam kilku różnych sosów i mięs i nie smakowały tak samo, jak zwykle bywa w podobnych barach. Najlepszy dla mnie kurczak w cieście w sosie słodko kwaśnym. Jechałam dla niego przez pół miasta :)

# HANAMI SUSHI


          Uwielbiam sushi, ale nie jestem wielkim znawcą czy koneserem. Nie bardzo się znam, ale tutaj najbardziej mi smakowało ze wszystkich moich przygód z tą potrawą. Rolka z rybą maślaną w tempurze wygrała dla mnie wszelkie zawody.

# YUGOSLAVIA


Bardzo dobre cevapcici i turecki kajmak. Prawdziwa podróż na Bałkany.

# WYCZESANE PORKI


        Dzięki temu miejscu pokochałam pulled pork i chyba zbankrutuję na rachunkach za prąd próbując zrobić ją w domu (dla niewtajemniczonych owe danie piecze się w piekarniku minimum 6 aż do 12 godzin). Ubolewam, że nie ma podobnego miejsca w Szczecinie, ale znając modę na burgerownie, na porkownie zaraz też się pewnie znajdzie popyt.


        To już definitywnie ostatni post pisany przeze mnie na chwilowej emigracji, w następnym możecie spodziewać się już pasztecika, paprykarza... Żartuję, mam już kilka pomysłów, ale o tym dowiecie się wkrótce. Pozdrownienia z Poznania, ostateczne :)

Pad thai w Raju i wypadek w Orient Expressie

Pad thai w Raju i wypadek w Orient Expressie
       Ostatnimi czasy trochę przystopowałam z odwiedzaniem nowych miejsc, po części dlatego, że powracałam do tych gdzie już wcześniej byłam. Po części też dlatego, że niestety nie mam nieograniczonych funduszy, a codzienne jedzenie na mieście dało mi w zeszłym miesiącu po kieszeni. Niemniej jednak, nadal do niedawna pozostawało jedno miejsce, które chciałam odwiedzić bez względu na moje finanse. I był to Raj. Dosłownie raj. 
       Odkąd zobaczyłam w internecie kilka zdjęć wnętrza i przeczytałam kilka opinii na temat najlepszego w mieście pad thaia, odrazu wiedziałam, że muszę się tam wybrać. Dla tych, dla których pad thai niczego nie mówi, już spieszę z wyjaśnieniem. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się tradycyjne danie kuchni tajskiej. Jest to smażony makaron z jajkiem i różnymi dodatkami oraz niezbędnymi składnikami - pastą z tamaryndowca i sosu rybnego. W tym miejscu mogę też wspomnieć, że absolutnie nie rozumiem zawrotnych cen tego dania, które spotykam w różnych miejscach, ponieważ to danie typowo z ulicznego straganu, robione raczej na szybko. Niemniej jednak idąc do Raju, nie kierowałam się portfelem a podobno zniewalającym smakiem. 
       Lokal odnalazłam bez problemu bo jest naprawdę magiczny od samego frontu. Natomiast po wejściu do środka poczułam się jak Anthony Bourdain poszukujący pysznego, lokalnego jedzenia z ulic Bangkoku czy innego nasyconego przeróżnymi smakami miasta Azji. Wielbiciele nowoczesnych, eleganckich wnętrz nie mają tam czego szukać. Na pozór jest chaotycznie i przypadkowo, jednak to właśnie stwarza klimat jak z innego kontynentu. Kolorowe krzesła z kilku różnych serii, tu kanapa, tam kilka stołków. Wykafelkowane ściany, na nich przyklejone zdjęcia-plakaty, gdzieś na półkach stoją marokańskie tadżiny. Pierwsze oględziny przypadkowego gościa - menu brak. Doinformowana jednak wiedziałam, że zdjęcia leżące na stołach nie są rozłożone przypadkowo, to właśnie ichnie menu. Na odwrocie zdjęć pocztówek znajduje się opis dania, które możemy zamówić. Ja bez zastanowienia zamówiłam słynnego pad thaia. Dla uzupełnienia płynów do zamówienia dołączyła lemoniada, która okazała się pyszna, no i według polecającej pani jest dodatkowo zdrowa. W lokalu nie było wielu gości, szybko więc otrzymałam swoje danie. Pierwsze wrażenie - super. Danie wygląda i pachnie świetnie. Trochę uwłaczam pad thai jedząc go widelcem, ale naprawdę średnio posługuję się pałeczkami. Zabieram się do konsumpcji i już pierwszy kęs przeniósł mnie do innego świata. Eksplozja smaków, świeżych ziół i przypraw. Nie jestem ekspertką, ale ten jest naprawdę jak żywcem wyjęty gdzieś z lokalnego baru z Tajlandii. Jednym słowem mega. Miałam zamiar napisać o tym miejscu po jeszcze jednej wizycie i spróbowaniu innego dania, ale jestem pod takim wrażeniem, że muszę się tym z Wami podzielić. Jeśli jesteście w Poznaniu i macie ochotę na chwilę przeteleportować się do jakiegoś egzotycznego kraju, to Raj jest odpowiednim miejscem. Przeniesiecie się bez problemu na kilku płaszczyznach, dzięki klimatycznemu wystrojowi i pysznej kuchni. 










Kilka dni wcześniej skusiłam się na inną egzotyczną przekąskę, tym razem w zaciszu domowym. Dwie ulice od mojego mieszkania znajduje się restauracja KURO sushi, która oferuje zawrotną promocję dla zamawiających na wynos, bo aż -50% na wszystkie rolki. Nie jestem może jakimś wytrawnym łowcą promocji, ale dla mnie - sushimaniaka to okazja nie do przepuszczenia. Zamówiłam więc futomaki z rybą maślaną/tuńczykiem, sałatą, marynowaną rzodkwią i serkiem philadephia oraz klasyczne hosomaki z łososiem. Lekko ponad godzinę oczekiwania i sushi znalazło się na moim stole. Okazało się całkiem dobre, ale nie jestem obiektywna bo lubię nawet te paczkowane z supermarketów (bez porównania oczywiście z tym z restauracji, ale w biednych czasach wjedzie;). Jednak tak serio, smak w porządku ale nie było to najlepsze restauracyjne sushi jakie jadłam, a całości zdecydowanie nie pomagał sos sojowy w malutkich buteleczkach dodawany na wynos. Niestety nie zaopatrzyłam się w domową wersję butelkową, pozostała mi więc ta namiastka smaku sojowego. Poza tym było okej, chociaż po opiniach wyczytanych w internetach domyślam się, że gdzieś tam w Poznaniu czeka na mnie lepsza wersja tego przysmaku.




Pozostając w orientalnym klimacie, tym razem już nieco oszczędniej, odwiedziłam polecony przez kolegę bar chińsko-wietnamski Orient Express. Typowa chińska knajpka jakich wiele, jedzenie może trochę lepsze niż wszędzie, nadal jednak raczej nic specjalnego. Tego dnia trochę zmarzłam, dlatego na rozgrzanie zamówiłam zupę won ton z pierożkami. Nie jadałam jej wcześniej, dlatego nie wiedziałam, że połączenie rosołu z zupą miso to zupełnie nie moja bajka. Nie przepadam zbytnio za rosołem, a zupa miso mogłaby dla mnie totalnie zniknąć z powierzchni ziemi. Nie zniechęciło mnie to jednak do spróbowania drugiego dania, ryby w sosie słodko-kwaśnym. Tym razem danie trafiło bardziej w moje kubki smakowe. Ucieszyłam się, że tajemniczą rybą w cieście nie jest panga, a morszczuk i to całkiem smaczny. Jedynie tytułowy sos słodko-kwaśny mógłby być bardziej gęsty i w większej ilości. Tak czy inaczej za takie pieniądze spoko, nie oczekujmy cudów. 





Koniec mojego pobytu w Poznaniu zbliża się małymi kroczkami, możliwe, że jest to ostatni (no, może przedostatni) post z tego miasta. Czekajcie jednak cierpliwie, bo jak wrócę do Szczecina, spróbuję na dobre rozkręcić bloga, no i wreszcie dodać coś bardziej od siebie. Zostawiam Was z taką myślą i obietnicą, życząc smacznego i dziękując za wszystkie odwiedziny! :)

Prawie klasyki

Prawie klasyki
Kiedy wracałam do Poznania, myślałam czego chciałabym spróbować w tym tygodniu. W gąszczu różnorodnych propozycji na prowadzenie wysunął się Manekin. Zanim tutaj przyjechałam, wiele słyszałam o tym miejscu. Dużo pozytywnych opinii, tyle samo też negatywnych. Jedno jest jednak pewne, to bardzo popularny lokal, wzbudzający emocje i następny do odhaczenia na mojej liście. Niestety jednak, nie dane mi było przekonać się na własnej skórze o smaku tych słynnych naleśników. Wybrałam się tam dwukrotnie i dwukrotnie też musiałam obejść się smakiem lub czekać nawet kilkadziesiąt minut, ponieważ lokal był pełen ludzi przy stolikach i w kolejce. Zrezygnowana przypomniałam sobie o innej naleśnikarni, która mieści się tuż przy starym rynku. Taki biedniejszy Manekin - może to krzywdzące określenie, ale najtrafniej opisujące moim zdaniem. Gramofon, bo tak nazywa się lokal, jest nieduży ale całkiem fajnie urządzony. Kojarzące się z nazwą płyty przyklejone na ścianach i menu w takowej też formie. Zjemy tam naleśniki na słodko i wytrawnie, każdy nazwą ma coś wspólnego z muzyką. Ta muzyka nie ma jednak raczej nic wspólnego ze składnikami owych placków, a szkoda (np. country z mięsem mielonym?). Ja zamówiłam "salsę" z pesto, salami, mozzarella, świeżymi pomidorami i zielonymi oliwkami. Całość oceniam na 4+, smaczne pesto, przyzwoitej jakości salami (choć mogłoby być lepsze ale nie wymagajmy za dużo:), no i spora ilość mozzarelli. Minusik za to, że nie zaproponowano mi sosu, chociaż w menu zaznaczony jest jako dodatek (co wyczytałam po zjedzeniu połowy porcji).



Ostatnio pokusiłam się również o spróbowanie alternatywy dla testowanej przeze mnie wcześniej Ę RYBĘ, mianowicie Fiszka Fish And Chips. No i zgodnie z prognozami smakowało o wiele lepiej. Zamówiłam kawałki dorsza z frytkami i warzywami. Wszystko świeże, smaczne i co najważniejsze nie przesiąknięte tłuszczem z czym łatwo się spotkać w daniach tego typu. Jedyne do czego mam zastrzeżenia, że za mało czosnku w czosnku (sosie:) i jak dla mnie ryba była za mało słona, ale to już kwestia podniebienia. Miejsce przyzwoite, ale dla mnie w starciu z moim sieciowym faworytem w tej materii - North Fish, wypada jednak trochę słabiej. 




A później przyszedł czas na deser... I na tapetę wjechały gofry z Kramarskiej. Gofrownia 21, po której chyba spodziewałam się gwiazdki z nieba. Gofry takie same jak wszędzie, pewnie nawet jadłam lepsze. Nowością dla mnie i fajną rzeczą jest to, że podają również opcje wytrawne bądź z niespotykanymi w klasycznych gofrowniach dodatkami, np. masło orzechowe czy pieczone śliwki. Nieświadomie zamówiłam też inną nowość z którą się jeszcze nie spotkałam, gofr z wierzchu maczany w czekoladzie! Był to błąd, ponieważ w połączeniu z bitą śmietaną okazał się tak słodki, że dałam radę zjeść go tylko w połowie. Warto tam iść, chociażby właśnie dla różnorodności dodatkowych składników jakie proponują.



W mijającym już tygodniu przyszedł też czas na powtórną wizytę w Pyra Barze. Tym razem zjedzone zostały sławne poznańskie szare kluchy. Kolejny raz się nie zawiodłam, no i jaka syta porcja!




No i uwaga, w końcu spróbowałam najbardziej chwalonego kebaba o jakim słyszałam - Kraszkebab! Podobno najlepsze mięso jakie tam mają to karkówka, niestety podczas mojej wizyty mieli tylko cielęcinę. Na szczęście też była bardzo dobra. Mają super składniki, niespotykane raczej w kebabach, np mięta, rukola, papryczki japaleno i kręcone na miejscu sosy do wyboru do koloru. Dodatkowo można wybrać sobie smak wypiekanej przez nich tortilli. Ja wybrałam pomidorową i to chyba najlepsza tortilla jaką jadłam. Polecam, chociaż dla Szczecinian z rodzimym BarRabem pewnie nie wygra :)


I wreszcie klasyk, szwedzkie pulpeciki z Ikei. Jadłam je już wcześniej w Gdańsku i tutaj też mi smakowały. Jestem fanką restauracji Ikea, nie ma się co tu rozdrabniać.


A może wy znacie jakieś fajne miejsca w Poznaniu? :)

Kolejna porcja Poznania

Kolejna porcja Poznania
Minął kolejny tydzień w Poznaniu, a wraz z nim przybyło kilka nowych wrażeń kulinarnych. W tym tygodniu nie skupiałam się specjalnie na odkrywaniu nowych smaków, cały czas przeczesując obszar w moim sąsiedztwie. Tym sposobem odwiedziłam kilka lokali mniej lub bardziej godnych polecenia. 

A listę otwiera...

Para Bar - Obiad, po którym miałam ochotę kupić sobie koszyczek do gotowania na parze i ulepić podobne pierożki. Parabar podbił moje serce i podniebienie. Lokal, mimo, że niepozorny, prawie że ukryty w jednej z uliczek skutecznie przywołuje do siebie wielu fanów pierożków dim sum. Do wyboru w menu mamy 13 opcji pierożków, w tym po dwie wegańskie i bezglutenowe. Ja stawiam na te klasyczne, z wieprzowiną, porem i kolendrą. Kilka minut oczekiwania i otrzymuję zamówiony koszyczek pełen aromatycznych dim sum. W każdym z pierożków wyraźnie przebija się smak i aromat, świeżej kolędry, ciasto jest cienkie i idealne ugotowane a cały farsz jest smaczny i dobrze doprawiony. Danie jest lekkie i bardzo przyjemne. Do pierożków dostajemy wybrany sos (ostry lub łagodny), jemy oczywiście pałeczkami. Ja kompletnie nie potrafię się nimi obsługiwać, ale pyszne dim sumy nie dają mi się za długo nad tym zastanawiać. Polecam z czystym sumieniem!




Wyczesane Porki - Kolejne bardzo smaczne miejsce odwiedziłam już drugi raz w czasie mojego pobytu w Poznaniu i znów z opcją na wynos, ponieważ znajduje się dosłownie 3 minuty od mojego mieszkania. Mowa o Wyczesanych Porkach. Podobno to pierwsza i jedyna póki co porkownia w Polsce. Specjalizuje się w kanapkach z długo pieczoną, poszarpaną wieprzowiną w bułce własnego wypieku. W menu mają kilka pozycji klasycznych z dodatkami typu pikle, ser, prażona cebula, jak i również bardziej wyszukane połączenia smakowe z sosem jabłkowym, pieczonym jabłkiem czy w wersji orientalnej z sosem hoisin i pak choi. Ja próbowałam porka musztardowo-miodowego i z selerowym remoulade i muszę powiedzieć, że oba sę genialne. Wszystko oczywiście za sprawą bardzo dobrego mięsa. Dodatkowo trzeba podkreślić, że do kanapki można dobrać w zestawie pyszne belgijskie frytki, słyszałam, że jedne z lepszych w Poznaniu. Czekam z utęsknieniem na wieść o otwarciu podobnego lokalu w Szczecinie!






Spaghetti bar Piccolo - Miejsce do którego według mnie napewno nie warto specjalnie iść czy też oczekiwać od niego zbyt wiele. Przed wizytą tam czytałam recenzje na temat dań które serwują, więc nie nastawiałam się na ucztę dla podniebienia. Byłam poprostu głodna i po pracy szybko potrzebowałam czegoś do jedzenia. Tak się złożyło, że owy lokal znajduje się na mojej trasie powrotnej do domu. Dodatkowym plusem i motywacją do zaglądnięcia tam napewno są ceny. Skusiłam się na porcję bolognese, które kosztuje bagatela 5,8! Za taką cenę jestem zadowolona. Danie jest zjadliwe, w smaku podobne do tych słoikowych, które można kupić w supermarkecie. Koszt też podobny, tutaj jednak ciepłą porcję dostajemy w ekspresowym tempie. Dodatkowo w ofercie baru są różnej maści sałatki. Nie wiem czy przygotowują je na miejscu, ale ta którą zamówiłam, była chyba nawet lepsza niż spaghetti (chociaż również smakowała jak ze słoika). Nie opróżniłam talerzy w całości, nie było aż tak pysznie. Chodziło mi jednak o szybką szamkę i to otrzymałam. Polecam Piccolo (których w Poznaniu jest aż 10), dla niewymagających, ekstremalnie głodnych, pragnących zjeść tu i w tej sekundzie, no i tych, który mają któryś z ich barów po drodze.
Cała reszta nie powinna się nawet zastanawiać, żeby tam wejść.




Fudge Filosophy - super miejscówka dla łasuchów. Wypatrzyłam ich na instagramie, lokal prowadzą dwie dziewczyny, które na miejscu wyczarowują wspaniałe słodkości. Można u nich spróbować shake'ów z wybranymi słodkimi smakami (od płatków śniadaniowych przez ciastka, na rozmaitych batonach kończąc) lub specjalności zakładu zawartej w nazwie - fudge. W języku polskim fudge oznacza krówkę. Mi też po spróbowaniu najbardziej się z tą słodyczą skojarzyło, jednak nie jest to do końca to samo, a jedna słodka kostka w wybranym wariancie smakowym (a jest w czym wybierać!) jest w stanie nasycyć największego łasucha. Dodatkowo każdego dnia możemy trafić na inne specjały przygotowywane przez dziewczyny, cronutsy lub donutsy (we środy i czwartki) czy ciasta. Ja zachęcona instagramem poleciałam z nadzieją kupienia pączka we wtorek, musiałam się więc pocieszyć shake'iem i kostką fudge, ale napewno jeszcze tam wrócę ;)

Polecam zobaczyć instagrama dla pełnego obrazu sytuacji -> klik




Restauracja Chińskie Smaki - Dobra chińszczyzna za niską cenę, ale lokal sam w sobie jest bardzo nieciekawy. Kiedy tam przyszłam, nie było żadnego klienta, nie pachniało jedzeniem i panowała grobowa cisza. Przywitała mnie tylko sympatyczna Pani zza baru. Złożyłam zamówienie i do momentu kiedy nie przyniosłam go do domu i nie spróbowałam, bałam się, że będę tego żałować. Na szczęście miło się rozczarowałam a jedzenie było smaczne. Zwłaszcza sajgonki, których farsz nie był pulpą mięsa mielonego. Zamiast tego w środku znalazłam duże kawałki wieprzowiny i warzyw. Nie jestem ekspertem, ale po moich doświadczeniach z podobnymi tanimi barami chińskimi wnioskuję, że raczej podają sajgonki mrożone a nie świeże. Tutaj jednak mam wrażenie jest zgoła inaczej i to się chwali. Drugie zamówione przeze mnie danie, kurczak w sosie o nazwie bliżej niezapamiętanej, też przyzwoite. Ogólnie miejsce zraża strasznie swoim wyglądem ale na wynos zdaje egzamin. 



Bar Tylko u Nas - Gorąco polecane miejsce na fejsbukowej grupie "Gdzie zjeść w Poznaniu?". Kiedy więc po pracy naszła mnie ochota na domowe jedzenie przypomniałam sobie o tej knajpce przy Starym Rynku. W menu mają kilka pozycji, wszystko w granicach kilkunastu złotych. Gdy zastanawiałam się co wybrać, zauważyłam, że prawie wszyscy przy wielkim, wspólnym stole zajadają się schabowymi. Decyzja zapadła, na stół wjechał kolejny syty kotlet. Naprawdę syty. Porcje są spore, a wybrałam wariant "mały" w cenie 12zł. Razem z towarzyszącym mi znajomym zastanawialiśmy się jak muszą wyglądać porcje duże, skoro każde z nas najadło się tym "małym" kotlecikiem. W każdym razie jedzonko naprawdę jak "u dziadka", jak głosi podpis na logo lokalu. Ceny super w stosunku do jakości, nie jest to klasyczne, barowe jedzenie bez smaku, ale apetyczne, doprawione i dobrej jakości. Błogosławieństwo dla studentów wyrwanych z rodzinnych domów z dala od gotującej mamy czy babci :) 



***


A na dokładkę coś ze Szczecina - Pizzeria La Fragola w Podjuchach. Dla mnie najlepsza pizza ever, polecam wszystkim z Prawobrzeża! 




Smacznego! 





Kilka talerzy poznańskich

Kilka talerzy poznańskich
         Nie wiem kiedy wyjdę z podziwu, pewnie jeszcze trochę czasu musi minąć, ale ogrom restauracji i olbrzymiego wyboru kulinarnego w Poznaniu jest dla mnie czymś fantastycznym. Ze smutkiem myślę tylko, że przez następne półtora miesiąca, które tu spędzę, nie zdążę spróbować wszystkich tych pysznych zapewne rzeczy, których na próżno szukać w Szczecinie. Ubolewam, bo mimo czterech tygodni spędzonych w Pyrlandii, zjadłam dopiero jej namiastkę.
        Mam to szczęście (a może nieszczęście, o czym zaraz), że moje mieszkanie znajduje się w centrum starego miasta, a więc wiele dobrych knajp znajduje się w zasięgu paru kroków. Wspomniałam o nieszczęściu, ponieważ tyle samo znajduje się np. na Jeżycach, w tym słynny i ponoć najlepszy Kraszkebab, do którego jakoś nie mogę dojechać. Niemniej jednak, będąc już w okolicach rynku, postanowiłam od nich zacząć rozeznanie w temacie jedzenia. Na pierwszy ogień poszedł Fat Bob Burger, który cieszy się opinią najlepszej burgerowni w mieście. Czy jest najlepszy? Nie mam jeszcze porównania, ale naprawdę jest dobry. Lokal znajduje się w jednej z uliczek odchodzących od rynku. Raczej skromny, w środku znajdziemy trzy stoliki i barek z drewnianymi hokerami. Wystrój przyjemny i na czasie, menu przedstawione w fajnej formie deski. Co do głównej atrakcji czyli burgerów, FBB oferuje ciekawe kompozycje z dodatkami typu krążki cebulowe, dżem chilli czy grzyby. To jednak, co najbardziej ich odróżnia od bugerów, które jadłam wcześniej, to wypiekane na miejscu bułki, które są jednocześnie i chrupiące i bardzo miękkie - i tutaj piątka dla Was FBB! Mają też frytki, które wywołały we mnie z początku mieszane uczucia, jednak po drugim razie jestem już ich fanką. Smakują inaczej niż tradycyjne, w zasadzie nawet trudno mi określić jak, to jedna z tych rzeczy, które poprostu trzeba spróbować. Podoba mi się też, że pytają o stopień wysmażenia mięsa, chociaż to podobno standard w Poznaniu. Pieśni pochwalne, które do mnie dotarły nie były przekłamane. Po dwóch wizytach, bilans dwóch pustych talerzy daje Fat Bobowi niekwestionowane zwycięstwo nad moim żołądkiem. Polecam!












      W ostatnim czasie, odwiedziłam jeszcze kilka innych miejsc, o których w telegraficznym skrócie.


The Mexican - sieciówka na Kramarskiej, zaraz obok Fat Boba. Jestem absolutnie zakochana po uszy w wystroju! W ciepły letni wieczór poczułam się jak w prawdziwym Meksyku. Klimat panujący w restauracji, stroje obsługi... chyba zapadło mi to w pamięć bardziej niż jedzenie, które jednak też jest bardzo dobre. Do drinka ze zdjęcia dołączone jest iście meksykańskie zdjęcie w sombrero i zawiścięcie na suficie razem z innymi poszukiwanymi. Moje żółte wdzianko na zdjęciu poniżej, to serwetkofartuszek, który dostałam gdy zamówiłam fajitas, aby się nie pobrudzić :) 







Lodziarnia Kolorowa - Zanim się do niej wybrałam, widziałam wielokrotnie kolejki na kilkanaście osób. Wiedziałam, że to zwiastun dobrego smaku, w końcu tyle osób nie może się mylić. No i mają rację, dzisiaj też spróbowałam i to naprawdę najlepsze lody jakie jadłam. Można się razem z nimi rozpuścić z rozkoszy :)




Ę RYBĘ - Słyszałam sprzeczne opinie, jednak chciałam przekonać się na własnej skórze. No i raczej więcej niestety tam nie wrócę. Kawałki ryby poprawne, jednak "nie urywają". Frytki trafiły do mnie nie świeżo usmażone lecz z lady grzewczej więc minus totalny. Kalmar burger też nie uratował sytuacji, ale był ok. Nie odradzam ale też nie polecam.



Pyra Bar - Super miejscówka! Jak Poznań to oczywiście pyry z gzikiem, no i mimo, że się nie spodziewałam, to pierwsza klasa. Próbowałam też jednej z zapiekanek i również bardzo dobre. Napewno jeszcze pojawią się ziemniaczki na blogu :)





Guac'n'ole - fast food meksykański. Chciałam bardzo spróbować taco, którego nigdy nie jadłam, dlatego kiedy zobaczyłam ten lokal na Malcie długo się nie zastanawiałam. Wrażenia całkiem w porządku jak na bar szybkiej obsługi, jedyne zastrzeżenie do nieroztopionego sera. Napewno jeszcze wrócę aby spróbować ich tortilli.