Kebab na Wernyhory (Zawadzkiego-Klonowica)


Albo raczej, gdzie nie zjeść w Szczecinie. Pierwsza słaba recenzja na blogu.



     Krzykliwy baner reklamujący ten przybytek głosi, że w tej blaszanej budzie serwują najlepszego kebaba w mieście. No i największego. Parę lat temu może i była to prawda. Ja pierwszy raz jadłam tam około dwa lata temu za namową mojego ówczesnego współlokatora, fana kebsów. Przekonywał, że ten z Werny jest faktycznie najlepszy, dużo mięsiwa, dobre sosy, warzywa i ogólnie same superlatywy. W moich wspomnieniach może nie jawi się jako coś fantastycznego, ale napewno nie mogę powiedzieć, że mi wtedy nie smakował.




Od tamtej pory minęło już trochę czasu, wiele zostało zjedzone, mięso na kebaby wielokrotnie zmielone. Dużo mogło się zmienić, nawet na gorsze. Słyszałam garść dziwnych plotek, których nie będę przytaczać a co więksi fani kebsów pewnie i tak je słyszeli, oraz wiele opinii, że jakość na Wernyhory spadła na łeb na szyję. Traf chciał, że byłam w okolicy na głodniaka, postanowiłam więc sprawdzić jak się sprawy mają.


Trzeba przyznać, wielkością nadal przodują. Dyszka za porcję powyżej, co koniecznie trzeba zaznaczyć - małą. Jeśli chodzi o jakość i smak, nie odnajduję zgodności z krzykliwym banerem z początku postu. Wybrałam rollo z mięsem pół na pół, kurczakiem i podobno baraniną. O dziwo nie czułam między nimi różnicy, nie odnotowałam obecności jakichkolwiek przypraw. Słowem, żadnych specjalnych efektów smakowych. Warzywa równie papierowe i średnio apetyczne, a wodniste sosy bez charakteru i aromatu. Szkoda wydatku nawet tej dychy. Zjadłam 1/4 bo byłam głodna, więcej nie dałam rady. Opcja dla zdesperowanych, znajdujących się w pobliżu pustych żołądków.


1 komentarz:

  1. Bardzo rzadko jadam kebaby teraz. Kiedyś zdarzało mi się nawet dwa razy dziennie.

    OdpowiedzUsuń