Wół i Krowa (Stare Miasto)


Aby spalić burgera dorosła osoba ważąca ok. 70 kg musiałaby biec tempem 5 km/h przez 45 minut. Dla tego z Woła i Krowy mogę i biegać dziesięć razy tyle, albo po prostu zarzucić jakiekolwiek diety.
Lokal na Starym mieście otwarty jest już dosyć długo, ale kiedyś zrażona nieciekawą dyskusją administratora fanpage'a z klientem, nie miałam ochoty na odwiedziny. Parę tygodni temu na spacerze z koleżanką postanowiłyśmy dać im jednak szansę. Nie miałam żadnych wyobrażeń na temat tego miejsca, poza oczywiście wspomnianą wymianą zdań. Zostałam więc miło zaskoczona. Wystrojem, bo lokal jest naprawdę przyjemny i zadbany oraz menu, w którym znajdują się nie tylko flagowe buły, ale również pozycje śniadaniowe, sałatki i 500g stek t-bone - którego bardzo chciałabym zjeść ale nie wiem czy podołam ;).




Obie tego dnia postawiłyśmy na "Piekło w gębie" (20,90 zł), czyli 200g wołowiny, ser mimolette, bekon, papryczki jalapeno, rukola, cebula czerwona, sos meksykański, ketchup i majonez. Połączenie bardzo obiecujące, zwłaszcza, że lubię ostre smaki. Do tego fajnie podane, grubo ciachane i chrupiące fryty.


Same burgery są dość drogie, jak na rynek szczeciński, ale warto zapłacić parę zł więcej. Idzie za tym jakość składników wraz z ilością, bo bugery są naprawdę słusznych rozmiarów. I to smacznych. Podoba mi się też, że na miejscu pytają o stopień wysmażenia mięsa oraz to, że faktycznie otrzymałam takie jak chciałam. Wbrew pozorom nie jest to standard w naszych burgerowniach. O ile mięso, wysmażone tak jak przykazano (medium jako jedyny słuszny!), jest faktycznie bardzo dobre, to ichnia bułka jest bezapelacynie najlepszą bułą burgerową w mieście. To pyszne pieczywo, okazjonalnie w okolicy walentynek zabarwiło się nawet romantycznie na czerwono. Na fanpage'u w zeszłym roku pojawiła się informacja o wyborze między bułką żytnią a pszenną, nie wiem czy dalej jest taka opcja,  nie zauważyłam i nie zaproponowano mi wyboru w tej materii, ale pszenna jaką dostałam zamknęła mi usta na jakiekolwiek dociekania.



W tym roku Wół wystartował w wersji food truckowej. Kiedy zaczął parkować pod moją pracą, wiedziałam, że jest to przeznaczenie. Trochę się co prawda czaiłam, głównie z braku czasu, ale w końcu zdecydowałam się wyrwać bułę na wynos. Przejechała ze mną pół miasta, ale po 30 minutowej przeprawie, szczelnie opakowana nie straciła znacząco na walorach wizualnych i co najważniejsze smakowych - wciąż była ciepła i apetyczna. 


Jak widać na załączonym obrazku, jedynie roszponka została nieco sfatygowana. :) Nadal jednak prezentuje się yummy!


Tym razem zdecydowałam się na kombinację "Rozkosz Francuza" (18,9 zł). Na pokładzie dobrze znane 200g wołowiny, ser pleśniowy, żurawina, roszponka, sałata lodowa, cebula i majonez. Niebo w gębie. Połączenie sera pleśniowego i wołowiny to dla mnie najlepsza z możliwych par, dodatkowo w towarzystwie żurawiny zawładnęła moim podniebieniem. Podpisuje się pod poleceniem tej wersji - idealnego balansu smaku i ilości składników - obiema rękami i nogami i czym jeszcze chcecie. 

Dłuższy czas miałam dylemat, gdzie jest dla mnie najlepszy burger w mięście. Nie muszę teraz mówić tego głośno, wystarczy, że teraz najczęściej stawiam na Woła. :)

1 komentarz:

  1. Wyglądają mega smakowicie <3 Tym bardziej kiedy jestem strasznie głodna. A odwiedziłaś kiedyś restaurację w hotelu Dana? Jestem ciekawa Twojej opinii. :)

    OdpowiedzUsuń